Wyspy. Blogii z UK i Irlandii.

Ostatnio Piotr rzucił pomysł, żeby zebrać piszących z UK i Irlandii w jedno miejsce. Próbowałem do tego wykorzystać NetVibes (jako, że ostatnio mi się spodobał), ale niestety nie ma możliwości dodawania tam dynamicznego nowych blogów (chyba, że po weryfikacji zakładki przez adminów to się zmienia).

Stanęło więc na Google Reader i [edit] FeedBurner
Wyspy RSS Feed
Narazie na liście są:

Jeśli znacie inne ciekawe blogi ludzi, którzy są na Wyspach dajcie znać w komentarzach. Także jesli ktoś zna lepszy (i szybki) sposób, żeby zebrać RSS w jedno pod sensownym adresem proszę o uwagi.

Co tu dużo mówić, szkocki angielski to na pewno nie jest Queen English. Szkocji mają silny akcent, dodatkowo zróżnicowany regionalnie i “klasowo” – także wariacji są tysiące.

Jednych rozumie się bardzo łatwo, bo mówią “uśrednionym” angielskim, innych też, mimo iż słychać charakterystyczny szkocki akcent. Jeszcze innych nie rozumie się wcale. Z wielu powodów. Jedni nie chcą żebyś ich zrozumiał albo nie dbają czy ich rozumiesz, inni prawie nie otwierają ust z lenistwa – bełkoczą coś pod nosem. Są tacy, którzy mają akcent tak odległy od tego do czego jesteś przyzwyczajony, że nie sposób normalnie prowadzić rozmowy. To tyle w kwestii wymowy.

Teraz czas na prawdziwą zabawę: wyrazy slangowe. Slangi w Szkocji też są zróżnicowane geograficznie (nawet dzielnicowo) i moim zdaniem, nawet nie ma co próbować się ich uczyć. Jest tego po prostu za dużo. To prawie jak uczenie się nowego języka (który i tak jest przydatny tylko w Szkocji). Czasem też ciężko odróżnić co jest wyrazem slangowym, a co słowem typowo szkockim.

Większość Szkotów zwraca uwagę na to jak mówi, kiedy rozmawia z obcokrajowcem. Są jednak tacy, których zupełnie to nie obchodzi lub inaczej mówić nie potrafią i wtedy słyszysz zabawne myśli w swojej głowie “gdzie jest wyjście? może powiem, że pójdę po piwo? help? anyone?”.

Podobno najtrudniejszym do zrozumienia akcentem szczyci się Aberdeen. Inni Szkoci śmieją się, że nawet oni nie rozumieją ludzi stamtąd. Mam w pracy kolegę, który ma silny akcent, ale łatwo go zrozumieć. Zdziwiło mnie to i go spytałem jak to z nimi jest. Powiedział, że nie zrozumiałbym ani słowa gdyby mówił typowo po aberdońsku. Wierzę mu, bo szłyszałem próbki Edynburczyków, którzy próbowali naśladować ten akcent.

Dla mnie zawsze czarną magią był akcent z Glasgow. Nie mówię o angielskim jakim oni się posługują, tylko o obcinaniu końcówek wyrazów, połykaniu liter, używaniu wyrazów typowo szkockich lub slangowych i zaśpiewie.

Come oan, get aff! Ye aff yer heid?

Na stronie English Dialect Vocabulary możecie posłuchać przykładów klikając na ikony na terenie Szkocji :)

Na pewno jeszcze coś mi się przypomni odnośnie języka. Napiszę o tym wkrótce. Jeśli ktoś ma swoje (może odmienne) spostrzeżenia to proszę o wpisy w komentarzach.

Dave Matthews Band. Dublin.

Zobaczenie koncertu Dave Matthews Band było zawsze u mnie na samym szczycie listy muzycznych rzeczy do usłyszenia. I w sumie najbardziej niemożliwą rzeczą do spełnienia – nie pamiętam, żeby kiedykolwiek grali w Europie. Jednak w końcu stało się, godzinę lotu ode mnie, w Dublinie, mieście w którym jakiś czas kiedyś mieszkałem.

Koncert odbywał się w The Point, miejscu, które można łatwo znaleźć, ale nie łatwo dojechać. Na dublińskie korki słyszę narzekania od znajomego już od dawna, teraz więc nawet nie czekaliśmy na autobus. Droga do The Point jest w sumie jedna i już po chwili dało zauważyć się wiele grup ludzi zmierzających w tym kierunku.

Pomijam Coke za 3euro za butelkę 0.5l, brak zakrętki do niej i szczeniaków rozlewających piwo dookoła. Pominąłem? Ok. Hahaha. Po stylu wnioskuję, że supportem była jakaś grupa z Wysp, ale nie znam nazwy, zresztą po co ona i tak oni wszyscy grają tak samo. Potem trochę wyczekiwania i Dave Matthews Band pojawił się na scenie. To bardzo dziwne uczucie zobaczyć i usłyszeć kapelę, którą się uwielbia, słucha od lat i która jest tak odległa geograficznie. Cieszyłem się jak dziecko i wzruszałem kilkukrotnie. Koncert był świetny, głośny i wszyscy żywiołowo reagowali. O dziwo Dave nie mówił za wiele, jak to czasem można zobaczyć na koncertach DVD ze Stanów. Było kilka improwizacji – popisów solowych, jeden z utworów nawet trwał przez to z 20 minut.

Dość długo trzeba było dopraszać się o bis, ale publika nie ustawała w naleganiu. W końcu wyszedł tylko Dave i zagrał “Gravedigger”, po którym dołączyła reszta zespołu i zagrała jeszcze chyba 3 utwory. Po owacjach widać było, że wszyscy byli zachwyceni. Po koncercie wszyscy udali się w kierunku centrum miasta trochę przyblokowując okoliczne ulice. Żałuję tylko, że nie zagrali mojego ulubionego #41, ale zauważam, że ostatnio rzadko pojawia się na koncertach, być może zmęczenie materiałem.

ps.
Dość krótka wycieczka na półwysep Howth zaowocowała dość mocną opalenizną (jakiej nie miałem od lat, umyślnie unikając podobnych “przyjemności”). Hotel wynajęliśmy dość tanio w centrum miasta, na Temple Bar, z fajnym widokiem z balkonu na okolicę. Było miło, pogoda dopisała, ale na jakiś czas mam dość dublińskich korków, tłoku i pośpiechu.

ps2.
Strona Dave Matthew Band na MySpace jest po redesignie. Jest o niebo lepiej.

Cinematic Orchestra. Triptych Festival. Edinburgh.

“If you don’t live it, it won’t come out of your horn.”
Charlie Parker

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być na koncercie The Cinematic Orchestra w Edynburgu, który odbył się w ramach Triptych Festival (Aberdeen – Edinburgh – Glasgow). Uwielbiam ich utwory i zobaczenie ich na żywo było niesamowitym przeżyciem.

Występ Cinematic Orchestra poprzedziły dwie inne kapele: Fitkin Wall i chyba Patrick Watson Band. Pierwsza to połączenie elektroniki z harfami (również modulowanymi elektronicznie. Muzyka nie przypadła mi za bardzo do gustu, zbyt chaotyczna i pan zapędzał się zbyt bardzo w swoje odloty. Drugi zespół brzmiał bardzo podobnie do Coldplay, a to głównie za sprawą wokalisty. Początkowe utwory były dość schematyczne, potem zrobiło się już ciekawiej. Ciągle jednak nasuwały się skojarzenia z innymi kapelami np. Gorillaz. Śmiałem się, że ich inspiracja jest tak głęboka, że nawet gitarzysta jest podobny do młodego Toma Waitsa :)

I w końcu przyszedł czas na Cinematic Orchestra. Wystarczyło kilka pierwszych nut, żebym poczuł się zadowolony. Chłopaki mimo iż wydają wkrótce nową płytę grali w większości starsze utwory. Być może dlatego, że nowa płyta zapowiada się bardzo delikatnie i melancholijnie, a ludzie na koncercie oczekują zwykle trochę więcej czadu. I go dostali. Połączenie elektroniki, kontrabasu, saksofonu i perkusji brzmiało genialnie. Najsłabszym ogniwem była gitara, którą chyba miała być w zastępstwie wokalu w niektórych utworach. Miałem wrażenie, że podczas improwizacji gitarzysta trochę się nie odnajdywał. Pozatym widać, że zespół rozumie się doskonale i że chłopaki lubią ze sobą grać. Czuć to było szczególnie właśnie podczas improwizacji.

Jestem bardzo zadowolony z koncertu. To było naprawdę niesamowite przeżycie. Jeśli ktoś lubi połączenie elektroniki, jazzu i soul to gorąco polecam twórczość Cinematic Orchestra. Jeśli kogoś straszy chociaż jeden z tych gatunków to dodam, że osobno nie lubię za bardzo z nich żadnego :)
Podziękowania dla Magdy za pomoc z biletem i pozdrowienia dla Mileny i Ady.

Zapomniałem dodać, że całkiem niedawno zmienił się design oficjalnej strony Cinematic Orchestra. Jest trochę gadżetów Web 2.0 – zdjęcia ciągnięte z Flickr, newsy z różnych serwisów, ale najważniejsze to nowy piękny utwór “Breathe” (śpiewa Fontella Bass). Więcej z nowej płyty można usłyszeć na Myspace zespołu. A starsze utwory np. na You Tube.

Oskar na swoim blogu poruszył ciekawe zagadanienie: Co niektórym może to wydawać się trochę śmieszne, ale po krótkim czasie zagranicą zaczyna się mieć małe problemy językowe. Oczywiście, jeśli bardzo się uważa i świadomie dba o język to może to wyglądać inaczej, ale na codzień jednak aż tak uważnym się nie jest.

Całkiem łatwo i niezauważalnie przychodzi zamienianie niektórych wyrazów na angielskie odpowiedniki (no cóż, mózg robi asocjację danego pojęcia z angielskim wyrazem – bardziej uczęszczana ścieżka jest łatwiejsza). Na codzień rozmawiasz z innymi polakami, którzy mogą mieć podobne problemy i przestajesz zauważać co się dzieje. Jeśli starasz się mówiąc po polsku omijać angielskie wtręty to nagle pojawiają się chwile konsternacji.

Nigdy bym nie uwierzył, że tak łatwo się to może stać. Pamiętam jeszcze, że śmiałem się z koleżanki, która po iluś tam latach na studiach w Niemczech źle odmieniała niektóre wyrazy.

To prawda, że jest to trochę kwestia lenistwa, ale w sumie język jest po to, żeby się (szybko) komunikować, a po pewnym czasie następuje dostosowanie do ogółu. Ja mam trochę problem z szykiem w zdaniu: dość często przestawiam wyrazy i czasem brzmię staropolsko :)
Mamy w polskim zapożyczenia z angielskiego, dużo slangowych wyrażeń i to sprawia, że już nie wiem czy wyraz który mówię można znaleźć w Słowniku Wyrazów Obcych czy właśnie go sam stworzyłem. Czytanie książek po polsku wbrew pozorom mocno nie pomaga w utrzymaniu czystości językowej.

Bywają też sytuacje odwrotne, mówiąc po angielsku wtrąca się polskie wyrazy – ja najczęściej robię to z wyrazem “więc”. Czasem też gdy mnie ktoś zaskoczy odpowiadam “tak” i nawet nie zauważam, że powiedziałem to po polsku.

Oczywiście, nikt chyba nie chce całkowicie mówić w ponglish, bo to brzmi poprostu.. wioskowo :)

Koperta z Jessops.

Sieć sklepów Jessops ma w Marcu promocję i sprzedaje wszystkie kart pamięci za 50% ceny więc wybrałem się ostatnio na zakupy. Niestety nie mieli karty jaką chciałem (Compact Flash) w sklepie więc zamówiłem przez internet. Potem się nawet wysiliłem i do nich napisałem, że mają dwa różne linki do śledzenia paczki: w mailu który przysyłają i na stronie. Żaden nie działa.

Dziś rano paczkę dostałem i zobaczcie na zdjęciu jaką wielkość koperty (większa niż A3) jakiś geniusz dostosował do tego, żeby wysłać w niej kartę pamięci do aparatu. Mimo iż plastikowe pudełko na kartę jest ze 4x większe niż ona sama, to dałoby się upchnąć z 12 takich w tej kopercie. W UK przesyłki wrzuca się do dziury w drzwiach i wiadomo, że nie może ona być za duża, żeby James Bond nie wszedł ci do domu.

Myślałem, że spłaczę się ze śmiechu słysząc posapującego listonosza próbującego wepchnąć te kopertę do mojego mieszkania, aż w końcu otworzyłem mu drzwi. W sumie nie musiałem, bo nie ma takiej paczki, której szkocki listonosz nie mógłby upchnąc przez dziurę w drzwiach. Rozmiary się nie liczą, każdy listonosz zna fizykę kwantową i wie, że 99% materii to pusta przestrzeń i zawsze da się skompresować.

ps. Dostałem zwrot podatku :) po tygodniu od wysłania wniosku.
ps2. Ola, wygotowałem zupę do sucha, zapomniałem o niej.

Słyszałem o tym już wcześniej, ale jakoś nie chciało mi się szukać więcej informacji. Za to dziś czytam u Piotra, że to się dzieje naprawdę – zaprojektowano polski kilt. Zaraz pójdę spytam chłopaków co o tym myślą, bo coś czuję, że chyba zachwyceni nie będą.

Raz już zresztą mało nie zostałem rozszarpany przez młodą, szkocką góralkę, bo zażartowałem z facetów w spódnicach. A na poważnie to jest jak pisze Piotr, kilt nie jest wcale rzadkim widokiem na ulicach, zwłaszcza w róznego rodzaju święta lub mecze (btw. przedwczoraj Szkocja przegrała z Włochami w rugby).

Dave Matthews & Tim Reynolds.

Ha, w końcu się udało, byłem na koncercie Dave Matthews‘a w Scottish Exhibition Centre. Był to występ akustyczny Dave’a i oczywiście grał z nim Tim Reynolds. Do tej pory zachwycać się mogłem tylko koncertem na CD z Luther College, a teraz wiem jak to jest na żywo. Sam koncert był świetny i nawet trochę się wzruszyłem, że coś co wydawało się tak odległe i niemożliwe zaistniało w rzeczywistości.

Pomiędzy utworami Dave oczywiście gadał i chociaż na ogół wychodzi mu to śmiesznie, tym razem trochę czasem bredził, poprostu chyba był wcięty. W żartowaniu brnął w ślepą uliczkę, ale na końcu zwykle jakoś udawało mu się zachować twarz. W każdej przerwie pomiędzy kawałkami jakiś szkot domagał się głośno kawałka “Hello again”, a za czwartym razem poprosił już o “Hello fucking again” na co Matthews swierdził “Koleś chyba mówi poważnie”.

Koncert był świetny, szkoda tylko, że Tim Reynolds nie miał za wielu okazji żeby się gitarowo popisać, chociaż to co pokazał i tak było dobre. W sumie show był dla mnie ważniejszy chyba sentymentalnie niż muzycznie. Cały czas czekałem żeby wykonali utwór “#41”, ale się jednak nie doczekałem, za to “Grey Street” i “Two Steps” były zagrane genialnie. To, że Dave był trochę wcięty zupełnie mu nie przeszkadzało w graniu i śpiewaniu, mi za to trochę…

Lost s03e08.

W końcu po długiej przerwie ciekawy odcinek Lost. Ostatnie kilka, które działy się na wyspie Innych jakoś do mnie nie przemawiały, teraz po powrocie na oryginalną wyspę w końcu zaczęło się coś dziać. Najnowszy odcinek poświęcony Desmondowi podobał mi się szczególnie ze względu na to, że bohater jest szkotem. W filmie w czasie “interview” mówi, że był scenarzystą w Teatrze Królewskim im. Szekspira, w rzeczywistości grał w kilku teatrach i współpracpwał z Royal Shakespeare Company. Scenarzyści Lost chyba trochę puszczają oko do widza i jeszcze bardziej próbują wpleść serial w rzeczywistość poza filmową. Zdziwiło mnie tylko, że mimo tego iż akcja toczyła się w Londynie(?) Desmond widzi plakat rekrutacyjny szkockich oddziałów.

Przez otatnie kilka odcinków brakowało mi trochę pozostałych postaci, teraz dodatkowo wszyscy są ciekawi co się stanie z hobbitem :) Lost wraca do formy.

Polecam lekturę Utility Fog Blog, wyłapane są tam wszystkie smaczki z aktualnego odcinka.

Brytyjskie reklamy Mac'a.

Normalnie mnie zatkało, nie wiedziałem że brytyjczycy mają własne, oficjalne wersje reklam Mac’a. Po obejrzeniu pierwszego filmiku pomyślałem, że to średni pomysł i że oryginalne były o wiele lepsze. Po obejrzeniu kilku następnych dochodzę do wniosku, że to kwestia tego, że amerykańskie widziałem jako pierwsze. Angielskich reklam jest trochę mniej i naciekawiej ogląda się alternatywne wersje już znanych. Szkoda, że nie ma “What’s up? PC home video”. No i oczywiście chciałbym zobaczyć wersje szkockie.

ps. Sprawdziłem niemiecką stronę – amerykańscy aktorzy z niemieckim dubbingiem. Coś mnie teraz tknęło i zajrzałem do Japonii – mają własne wersje! Nie ma to jednak jak oryginalny PC: koleś jest maksymalnie przekonywujący :)

Pages: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna