There will be blood

There will be blood.

There will be blood” to na pewno film szczególny. Jak zwykle genialna gra Daniela Day-Lewisa połączona z ciekawą, jednocześnie jakby oderwaną od obrazu muzyką i świetnymi zdjęciami tworzy obraz, który nie pozostaje obojętny. Nieszablonowa historia sprawiła, że od początku filmu myślałem, że oto mam do czynienia z czymś nietuzinkowym. Niestety w okolicach drugiej godziny trwania seansu poczułem się zmęczony i to uczucie trwało już do końca filmu. Moim zdaniem długość to właśnie najsłabsze jego ogniwo.

Prawdę mówiąc mam mieszane uczucia. To co Daniel Day-Lewis robi z twarzą i ogólnie z wczuwaniem się w postać to już coś więcej niż aktorstwo i z pewnością zasłużył na Oscara. Z drugiej strony wydaje mi się, że film nie musiał być aż tak długi żeby opowiedzieć historię. Wyszedłem z kina z przekonaniem, że jednak filmowi czegoś brakowało, teraz jednak gdy oglądam ponownie trailer zauważam, że wiele rzeczy mi się podobało. Sądzę jednak, że (zbyt) duża w tym zasługa aktorstwa Lewisa.

Valkyrie. Rescue Dawn. There will be blood.

Nadchodzą ciekawe filmy z moimi ulubionymi “psycholami” z Hollywood:

  • Rescue Dawn z Christianem Bale, który do The Machinist tak schudł, że bolało samo patrzenie na niego. RD: świetne zdjęcia i ciekawa historia.
  • Valkyrie z Tomem Cruise, który ma chyba tytuł “pierwszego fisia Los Angeles” (jak dla mnie bezpodstawnie). Ostatnio oglądałem go w dość ciekawym, lekko przegadanym Lions for Lambs, gdzie gra senatora. Valkyrie zapowiada się interesująco: próba zamachu na życie Hitlera.
  • There will be blood z Danielem Day Lewisem, który gra bardzo rzadko, ale za to genialnie, bardzo przebiera w rolach, a ostatnie dwa filmy miały być już jego ostatnimi. Powiem szczerze, gdyby nie on to chyba zignorowałbym The will be blood. Dlaczego Lewis jest myślącym inaczej można dowiedzieć się czytając o jego przygotowaniach do filmu In the name of the father (bez kozery powiem, że film jest.. bomba).