Mam do oddania dwa vouchery na 2 miesięczny darmowy test serwisu LoveFilm.com . Jest to wypożyczalnia DVD przez internet: wybierasz listę filmów, które chcesz obejrzeć, ustawiasz im priorytety i czekasz aż przyślą ci płytę. Możesz ją trzymać ile chcesz, ale jeśli nie odeślesz, nie dostaniesz kolejnej. Pakietów jest kilka, ja płacę chyba 13 funtów za możliwość trzymania w domu dwóch płyt naraz.
Co jakiś czas w ramach promocji LoveFilm przysyła mi kody, pozwalające dwóm osobom na zapoznanie się z ich systemem. Jeśli chcesz zrezygnować przed upływem 2 testowych miesięcy, możesz to zrobić, odsyłając filmy i zaznaczając opcję na swoim koncie. Jeśli tego nie zrobisz, każdy kolejny miesiąc będzie z twojego konta ściągana opłata za korzystanie w wypożyczalni.
- Oddaję kody za darmo, nie mam z tego żadnych profitów. [edit] Przepraszam, właśnie doczytałem, że mogę wygrać 5000 funtów :) I ty też. No bez jaj, miało być całkowicie charytatywnie.
- Zapoznaj się z regulaminem zanim zgłosisz się po kody i zapiszesz (wymagana karta debetowa/kredytowa).
- Jak teraz czytam w regulaminie czas okresu testowego może się zmienić w zależności od pakietu jaki wybierzesz.
- Nie odpowiadam za nic w związku z przekazaniem kodów. Przegapisz datę zamknięcia konta testowego, płacisz subskrybję.
- Oddaję przez bloga, bo wszyscy znajomi, którzy chcieli już dostali kod (w porzednich edycjach).
Jeśli chcesz spróbować, mieszkasz w UK, po prostu zostaw komentarz. Pierwszym dwóm osobom prześlę kody e-mailem.
Weekend obrodził w festiwale średniowieczno-renesansowe: w sobotę byliśmy na zamku w Linlithgow, a w niedzielę w Traquair. Pierwszy był większy i huczniejszy, a to za sprawą walk na kopie, drugi też duży, ale w bardzie kameralnych okolicznościach przyrody. Haggis i piwo na każdym kroku, walki rycerzy, konie, pokazy ptaków drapieżnych, tańce, inscenizacje i rękodzieło, a to i tak podobno nic w porównaniu z nadchodzącym festiwalem, który odbędzie się sierpniu w Lanark.
Fotki robiła Ola (www.3faeries.com) : 1 2 3 4 5
więcej zdjęć na Flickr
ps. Wiem, że oficjalnie to pałac, a nie zamek :)

Właśnie widzę, że Google udostępniło niektóre miasta UK w trybie Street Map. przygotowanie tego zajęło im trochę czasu – minęło 8 miesięcy od kiedy zauważyłem samochód Google pod moim oknem fotografujący okolicę. Nasz samochód jednak nie załapał się na historyczne wystąpienie na mapach Google, a to dlatego, że uliczka jest zbyt mała (i ślepa) i nie jest zaznaczona, dlatego też nie można zajrzeć na nią okiem Wielkiego Brata. Nie przeszkadza jednak to parkingowym wystawiać mandatów osobom, które tu mieszkają, a miały pecha danego dnia nie trafić na wolne miejsce. Dla nich to regularna ulica, a nie “droga” dojazdowa do posesji.
Dziwne jest to, że główna ulica Edynburga, Princes Street, nie została sfotografowana. Co prawda na co dzień mogą nią jeździć tylko autobusy, rowery i taksówki, ale wydawało mi się, że dla wpływów Google nie ma granic. Zapomniałem dodać, że od 2011r. poruszać po niej będą się jeszcze tramwaje, do tego czasu ulica pozostanie w połowie zamknięta. Jedno wiem patrząc na te zdjęcia, uwielbiam to miasto.
ps. Tutaj widać mijające się samochody Google.
Jestem w Szkocji już prawie cztery lata, a takiego śniegu jeszcze nie mieliśmy. Co prawda na polskie warunki to żaden to śnieg, który po kilku godzinach topnieje, ale tu to już prawie klęska żywiołowa :) Ja jako młody i niedoświadczony kierowca przeżyłem dziś kilka stresujących chwil. Jechałem ostrożnie, zaledwie 10mph, musiałem zahamować i nagle czuję że ABS szaleje (mam nadzieje, że tak właśnie się odczuwa ABS, bo miałem wrażenie, że pręt od hamulca rysuje po asfalcie) a samochód się nie zatrzymuje. Czas zwolnił, a ja coraz bardziej zbliżam się do samochodu przedemna, na szczęście znajomy siedzący obok zaciągnał hamulec ręczny i wyhamowaliśmy. Pewnie zaledwie dotknąłbym samochodu przede mną, ale pewnie nie obyłoby się bez ubezpieczalni, stresu itd.
Dzieci chyba się cieszą, a na trawniku przed domem stoi bałwan. Co prawda widać, że chyba ktoś ma okazje ćwiczyć lepienie raz na 4 lata, ale zawsze to jakaś twórczość :)
Wielka Brytania ma zadziwiającą tendencję do prób rozwiązywania problemów społecznych ustanawiając nowe prawa lub epatując w reklamach jeszcze większą ilością problemów.
Spoty ‘reklamowe’ w Szkocji są zwykle dość mocne i gdybym chciał ulegać współczesnej paranoi sądzenia się z kimkolwiek i o cokolwiek podałbym kino czy twórców do sądu za znęcanie się psychiczne na widzami. Spoty, w których pokazywane są ofiary wypadków samochodowych np. zabita i połamana dziewczynka ’składa się’ z powrotem w całość trzeszcząc kośćmi nie są wcale rzadkością. Kobieta w barze, którą uderza niewidzialny samochód i zostawia martwą i krwawiącą czy grupa ludzi jadąca samochodem powodująca wypadek to nie są obrazy, które mam ochotę widzieć przychodząc do kina na film. A muszę oglądać ten spot od ponad dwóch miesięcy kilka razy w tygodniu. Dobrze, że nie mam telewizora.
wiecej »
Ciekawe czy ktoś patrzy na powyższą reklamę Szkocji jak ja na film o Nowej Zelandii? :)
A reklama leci w szkockim kinie pewnie tylko dlatego, że sieci kinowej nie chce się dostosowywać reklam regionalnie i w całym UK daje to samo.

Jeśli obrazek nie jest wystarczająco wymowny jak na środek lipca to dodam, że w to “lato” jeszcze chyba nie miałem okazji chodzić w koszulce bez wierzchniego nakrycia w postaci swetra czy bluzy (na to jak chodzą ubrani Szkoci nie ma co patrzeć). “Upał” to wyraz dawno zapomniany i uświadamiam sobie, że jest środek lata w momencie kiedy ktoś z Polski napisze mi na GG, że jedzie na plażę. Mimo iż wolałbym odrobinę cieplejsze dni to w sumie jak mam wybierać między non stop 30oC a 16oC to już wolę to drugie :)
W niedziele wybraliśmy się na pokaz sokołów na zamku w Linlithgow. Okolica jest piękna, zamek położony nad jeziorem, a pokaz odbywał się w kameralnej atmosferze na dziedzińcu. Między sokołami znalazła się też urocza sówka, jastrząb i coś co wyglądało i ważyło jak orzeł. Fotografie robiła Ola.
“Best small country in the world” to turystyczny slogan Szkocji, który zobaczyć można np. na lotnisku przylatując do kraju. Hasło całkiem fajne, a i kojarzy się miło. Nie tak całkiem dawno w Szkocji zmienił się premier i teraz zachodzą pewne zmiany. Jakiś geniusz doszedł do wniosku, że Szkocja wcale nie jest najmniejszym krajem, bo zdecydowanie nie najlepszym.
Uknuto więc nowy slogan, który stopniowo zastąpi poprzedni we wszelkich materiałach promocyjnych. Pracowała pewnie nad nim rzesza copywriterów z najlepszych agencji, wydane zostanie mnóstwo pieniędzy, a hasło poraża swoją genialnością. A brzmi ono… “Welcome to Scotland”.


