
Przeglądam sobie właśnie zdjęcia, których autorem jest Wojtek Kutyla i zauważyłem kilka fot Mariusza Dudy, wokalisty Riverside. Dzięki temu dowiedziałem się, że Mariusz stworzył swój solo projekt Lunatic Soul. Dla mnie to świetna wiadomość, bo jak już pisałem Riverside rządzi i spodziewam się podobnej jakości po LS.
Kilku utworów można posłuchać na MySpace, a na oficjalnej stronie gdzieś w gąszczu liter jest link do ściągnięcia darmowego utworu.

10 listopada ma się ukazać nowa płyta zespołu Coma zatytułowana ‘Hipertrofia’. Wiadomo, że zawierać będzie 17 utworów (wysoka liczba sugeruje, że być może część z nich to jakieś łączniki pomiędzy kawałkami). Od 25 września płytę promuje singiel “Zero Osiem Wojna“.
Dla mnie Coma to drugi najlepszy polski zespół po Riverside. Dziwi mnie skąd się bierze tyle sprzecznych opinii i emocji na jego temat. Nie da się nie zauważyć, że wiele uwag kierowane jest pod adresem lidera Piotra Roguckiego. Może coś przegapiłem - nie słucham radia, nie oglądam telewizji. Chodzi o charakterystyczny styl pisania tekstów, który oczywiście nie każdemu może się podobać, przesadną momentami dykcję jak na początku filmiku z YouTube czy zbyt mocne wczuwanie się podczas śpiewania? Dla mnie sprawa jest prosta, nie podoba się - nie słucham, nie neguję na YouTube, nie utrudniam innym życia. To nie film, który trailerem zachęca, a ocenić go można dopiero po obejrzeniu. Muza jest prostsza, po kilku minutach wiesz czy ci podchodzi czy zupełnie nie. Chociaż być może te fale niechęci to los zespołów, które wyróżniają się spośród innych w jakiś sposób. Część publiczności kocha je dozgonnie, druga część nienawidzi za ich charakter. Być może, że też niewłaściwie zasugerowałem się opinią kilkunastu trolli z YouTube.
Mi singiel podchodzi, ale czekam na więcej.
oficjalna strona zespołu: www.coma.art.pl

Jest już nowa płyta islandzkiej kapeli Sigur Ros, co dość dobitnie mi uzmysławia jak szybko mija czas. Jeszcze niedawno poznawałem ten zespół i ich trzecią płytę, a tu za kilka dni na półkach już szósty album.
Na oficjalnej stronie zespołu można przesłuchać wszystkie utwory i co się rzuca od pierwszego słuchania to bardziej optymistyczny charakter i większy nacisk na perkusję. Chociaż nie brakuje też charakterystycznych dla zespołu, melancholijnych utworów jak np. “ára bátur“.
Pierwszym singlem został utwór “Gobbledigook“, który promuje płytę teledyskiem z wesoło biegającymi golasami. Tytuł wydawnictwa w tłumaczeniu na angielski to “With a buzz in our ears we play endlessly” co dodatkowo podkreśla radośniejsze nastroje. Jednak w trakcie słuchania okazuje się, że im dalej w głąb albumu tym smutniejsze utwory. Szybko minął ten początkowy nastrój a kawałki są coraz prostsze, prawie akustyczne obiegające stylem od znanego brzmienia gitary z użyciem smyczka, a mimo to wciąż brzmią charakterystycznie dla zespołu.
Jedno przesłuchanie to za mało żeby poznać album, ale mi się już podoba, chociaż miałem nadzieję na zapowiadaną większą odmianę w postaci zwrotu w kierunku bardziej pozytywnych emocji.

Piękna muzyka, piękne zdjęcia: film Heima zrobiony przez Sigur Ros. Środa 5 marca, Filmhouse, Edynburg. Jak mnie nie wypuszczą wcześniej z pracy to pozostanie obejrzeć na wydanym niedawno DVD. Zobacz trailer.
Shot using a largely Icelandic crew (to minimise Eurovision-style scenic-wonder overload), ‘Heima’ - which means both “at home” and “homeland” - is an attempt to make a film every bit as big, beautiful and unfettered as a Sigur Rós album. As such it was always going to be something of a grand folie, but one, which taking in no fewer than 15 locations around Iceland (including the country’s largest ever concert at the band’s Reykjavik homecoming), is never less than epic in its ambition.

Ostatni tydzień bez przerwy słucham kapeli Therion. Sprawa z nimi wygląda podobnie jak w przypadku Amorphis. Słuchałem ich parę lat, potem odpuściłem i nie śledziłem powstających płyt. Coś mnie jednak tknęło i sprawdziłem stronę Therion na MySpace. Pierwsze parę utworów z nowej płyty “Gothic Kabbalah” - rozczarowanie. Miałem już zamknąć zakładkę, ale jeszcze włączyłem kolejny utwór “Son of the staves of time” i bingo! Od razu mi się spodobał. Potem kolejny “The perennial Sophia” i już mnie całkowicie mieli. Te dwa utwory chodzą za mną już ponad tydzień.
Zaopatrzyłem się w płytę i okazało się, że jest tam o wiele więcej świetnych utworów. Początek “T.O.F. - The trinity” mnie odrzucił, a za to wokale w ostatniej minucie zmieniły całkowicie moje podejście do tego utworu. Niektóre utwory są dość nierówne jak na mój gust i sytuacja wygląda podobnie np w “Tuna 1613“. Jednakże “Trul“, “Chain of Minerva” i “Three treasures” są świetne. A “Adulruna redivivia” jest bardzo dobrym zakończeniem płyty.
“Gothic Kabbalah” tak mi się spodobała, że sprawdziłem dwie poprzednie płyty (wydane równocześnie) “Lemuria” i “Sirius B“. Bardzo mi podchodzą słowa (zwykle traktuję wokal jako kolejny instrument i nie dbam o treść) a i muzyka jest równie dobra. Moje ulubione utwory: “Lemuria”, “Quetzalcoatl”, “The Dreams Of Swedenborg”, “An Arrow From The Sun”, “The Blood Of Kingu”, “The Wondrous World Of Punt”, “Melek Taus”, “Call Of Dragon”, “Voyage Of Gurdjieff” czy praktycznie 3/4 płyt.
ps. Therion po grecku oznacza “bestia” stąd tytuł postu.
Trzeba przyznać, że chłopaki na fotach z MySpace wyglądają śmiesznie i jednak trochę głupio, ale może robili te foty w Halloween ;)
Get the Flash Player to see this player.
So what the f@#k is this UK
Gunnin with this US of A
In Iraq and Iran and in Afghanistan
Does not a day go by
Without the Israeli Air Force
Fail to drop it’s bombs from the sky?
How many mothers to cry?
How many sons have to die?
How many missions left to fly over Palestine?
Coz as a matter of facts
It’s a fact, it’s an act
These are illegal attacks
So bring the soldiers back
These are illegal attacks
It’s contracts for contacts
I’m singing concrete facts
So bring the soldiers back!!!!
wiecej »
Kilka dni temu Amorphis wypuścił nową płytę “Silent Waters”. Od lat już w sumie ich nie słucham, a skończyłem gdzieś w okolicach płyty “Elegy”. Zmienił mi się wtedy trochę gust muzyczny i miałem ochotę na lżejsze rzeczy. Zresztą podobnie było z kilkoma innymi metalowymi kapelami. Wciąż jednak mam sentyment do niektórych produkcji.
A piszę o Amorphis dlatego, że tytułowy utwór promujący najnowszą płytę rządzi! Nie wiem jak reszta kawałków, ale jeśli śpiewane są podobnym wokalem to nowe wydawnictwo może być interesujące. Skrzekliwy głos poprzedniego wokalisty jakoś mnie drażnił.
Teledysk do Silent Water.
Zobaczenie koncertu Dave Matthews Band było zawsze u mnie na samym szczycie listy muzycznych rzeczy do usłyszenia. I w sumie najbardziej niemożliwą rzeczą do spełnienia - nie pamiętam, żeby kiedykolwiek grali w Europie. Jednak w końcu stało się, godzinę lotu ode mnie, w Dublinie, mieście w którym jakiś czas kiedyś mieszkałem.
Koncert odbywał się w The Point, miejscu, które można łatwo znaleźć, ale nie łatwo dojechać. Na dublińskie korki słyszę narzekania od znajomego już od dawna, teraz więc nawet nie czekaliśmy na autobus. Droga do The Point jest w sumie jedna i już po chwili dało zauważyć się wiele grup ludzi zmierzających w tym kierunku.
Pomijam Coke za 3euro za butelkę 0.5l, brak zakrętki do niej i szczeniaków rozlewających piwo dookoła. Pominąłem? Ok. Hahaha. Po stylu wnioskuję, że supportem była jakaś grupa z Wysp, ale nie znam nazwy, zresztą po co ona i tak oni wszyscy grają tak samo. Potem trochę wyczekiwania i Dave Matthews Band pojawił się na scenie. To bardzo dziwne uczucie zobaczyć i usłyszeć kapelę, którą się uwielbia, słucha od lat i która jest tak odległa geograficznie. Cieszyłem się jak dziecko i wzruszałem kilkukrotnie. Koncert był świetny, głośny i wszyscy żywiołowo reagowali. O dziwo Dave nie mówił za wiele, jak to czasem można zobaczyć na koncertach DVD ze Stanów. Było kilka improwizacji - popisów solowych, jeden z utworów nawet trwał przez to z 20 minut.
Dość długo trzeba było dopraszać się o bis, ale publika nie ustawała w naleganiu. W końcu wyszedł tylko Dave i zagrał “Gravedigger”, po którym dołączyła reszta zespołu i zagrała jeszcze chyba 3 utwory. Po owacjach widać było, że wszyscy byli zachwyceni. Po koncercie wszyscy udali się w kierunku centrum miasta trochę przyblokowując okoliczne ulice. Żałuję tylko, że nie zagrali mojego ulubionego #41, ale zauważam, że ostatnio rzadko pojawia się na koncertach, być może zmęczenie materiałem.
ps.
Dość krótka wycieczka na półwysep Howth zaowocowała dość mocną opalenizną (jakiej nie miałem od lat, umyślnie unikając podobnych “przyjemności”). Hotel wynajęliśmy dość tanio w centrum miasta, na Temple Bar, z fajnym widokiem z balkonu na okolicę. Było miło, pogoda dopisała, ale na jakiś czas mam dość dublińskich korków, tłoku i pośpiechu.
ps2.
Strona Dave Matthew Band na MySpace jest po redesignie. Jest o niebo lepiej.
“If you don’t live it, it won’t come out of your horn.”
Charlie Parker
Wczoraj miałem ogromną przyjemność być na koncercie The Cinematic Orchestra w Edynburgu, który odbył się w ramach Triptych Festival (Aberdeen - Edinburgh - Glasgow). Uwielbiam ich utwory i zobaczenie ich na żywo było niesamowitym przeżyciem.
Występ Cinematic Orchestra poprzedziły dwie inne kapele: Fitkin Wall i chyba Patrick Watson Band. Pierwsza to połączenie elektroniki z harfami (również modulowanymi elektronicznie. Muzyka nie przypadła mi za bardzo do gustu, zbyt chaotyczna i pan zapędzał się zbyt bardzo w swoje odloty. Drugi zespół brzmiał bardzo podobnie do Coldplay, a to głównie za sprawą wokalisty. Początkowe utwory były dość schematyczne, potem zrobiło się już ciekawiej. Ciągle jednak nasuwały się skojarzenia z innymi kapelami np. Gorillaz. Śmiałem się, że ich inspiracja jest tak głęboka, że nawet gitarzysta jest podobny do młodego Toma Waitsa :)
I w końcu przyszedł czas na Cinematic Orchestra. Wystarczyło kilka pierwszych nut, żebym poczuł się zadowolony. Chłopaki mimo iż wydają wkrótce nową płytę grali w większości starsze utwory. Być może dlatego, że nowa płyta zapowiada się bardzo delikatnie i melancholijnie, a ludzie na koncercie oczekują zwykle trochę więcej czadu. I go dostali. Połączenie elektroniki, kontrabasu, saksofonu i perkusji brzmiało genialnie. Najsłabszym ogniwem była gitara, którą chyba miała być w zastępstwie wokalu w niektórych utworach. Miałem wrażenie, że podczas improwizacji gitarzysta trochę się nie odnajdywał. Pozatym widać, że zespół rozumie się doskonale i że chłopaki lubią ze sobą grać. Czuć to było szczególnie właśnie podczas improwizacji.
Jestem bardzo zadowolony z koncertu. To było naprawdę niesamowite przeżycie. Jeśli ktoś lubi połączenie elektroniki, jazzu i soul to gorąco polecam twórczość Cinematic Orchestra. Jeśli kogoś straszy chociaż jeden z tych gatunków to dodam, że osobno nie lubię za bardzo z nich żadnego :)
Podziękowania dla Magdy za pomoc z biletem i pozdrowienia dla Mileny i Ady.
Zapomniałem dodać, że całkiem niedawno zmienił się design oficjalnej strony Cinematic Orchestra. Jest trochę gadżetów Web 2.0 - zdjęcia ciągnięte z Flickr, newsy z różnych serwisów, ale najważniejsze to nowy piękny utwór “Breathe” (śpiewa Fontella Bass). Więcej z nowej płyty można usłyszeć na Myspace zespołu. A starsze utwory np. na You Tube.
Pierwszy raz usłyszałem Riverside grając w ping ponga (hehehe) i już wtedy wiedziałem, że będę uwielbiał muzykę tego zespołu. Potem w moim mieście przydarzył się koncert i chłopaki pokazali, że są równie świetni na żywo. Absolutnym majstersztykiem (trudne słowo) jest dla mnie pierwsza płyta “Out of Myself“. Każdy utwór jest genialny, każdy instrument robi niesamowitą atmosferę. Słucham tego albumu bardzo często, chociaż od momentu wydania minęły już cztery lata.
W 2005 roku ukazał się mini album “Voices In My Head“, który miał skrócić fanom oczekiwanie na kolejną płytkę. “Voices” zawierała kilka nowych utworów i trzy wersje koncertowe kawałków znanych z porzedniej płyty (np. pięknie wykonany “Loose Heart“). Nowe utwory były znacznie łagodniejsze niż te na “Out of Myself”. Pozornie było to oddalenie się od stylistyki zespołu, ale mimo wszystko zawierały ten specyficzny klimat Riverside. Mój faworyt to “Stuck Between“.
“Out of Myself” tak wysoko zawyżyło poprzeczkę oczekiwań, że na początku nie doceniłem kolejnego albumu “Second Life Syndrome”. Z czasem jednak zaakceptowałem, że to nie ma być powtórka, tylko niezależny album i teraz uwielbiam np.: “I Turned You Down” i “Reality Dreams III“.
Jeśli lubisz rock progresywny to nie ma szans, że nie słyszałeś o Riverside. Tym, którzy jednak się z kapelą ne zetknęli, a lubią rock, melancholijne brzmienia i dobre solówki gorąco tę muzykę polecam. Przykładowe MP3 są do ściągnięcia na oficjalnej stronie (”In Two Minds“, “Loosing Heart“)
Ja z niecierpliwością czekam na zapowiadaną nową płytę “Rapid Eye Movement“.




