Spotify.

Pamiętam jak kilka lat temu w rozmowie z Radkiem twierdziłem, że nie rozumiem idei słuchania muzyki przez internet i że wolę mieć na dysku swoje pliki MP3. Był to jeszcze czas kiedy dopiero próbowano z technologią, pojawiło się kilka programów, ale albo miały zbyt małą ilość albumów, albo padały zanim zdążyły się naprawdę rozwinąć czy wyjść z fazy beta.

Jak się okazuje myliłem się – od miesięcy nawet nie włączyłem zewnętrznego dysku na którym trzymam muzykę – i teraz uwielbiam Spotify. Używam go co dzień, od dłuższego już czasu, ale postanowiłem napisać parę słów bo ostatnio pojawiła się nowa wersja tej aplikacji.

Spotify is a proprietary peer-to-peer music streaming service with desktop applications available for Microsoft Windows and Mac OS X

W skrócie:

  • Spotify umożliwia legalne słuchanie muzyki przez internet.
  • Co kilka utworów pojawiają się reklamy, co prawda krótkie, ale za setnym razem już irytują. Można się ich pozbyć płacąc co miesiąc £10 £5 (Spotify właśnie wprowadziło nową taryfę).
  • Nigdy nie miałem problemów z transferem i nie zdarzyło się, żeby utwór nagle w trakcie przestał grać. Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że czasem (bardzo rzadko) musiałem chwilę odczekać zanim utwór się rozpoczął.
  • Spotify pozwala na dzielenie się swoimi playlistami z innymi użytkownikami lub tworzenie wspólnych list.
  • Najnowsza wersja pozwala na zintegrowanie z Facebook i dzielenie się listami i utworami jest teraz banalne proste i szybkie.
  • Potrzebne jest zaproszenie. Ja swoje akurat wyczerpałem.
  • Spotify nie działa niestety w Polsce. Oficjalnie.

Polecam. Aplikacja jest wygodna, szybka i “darmowa”.

Funny The Way It Is” to singiel z najnowszej pyty Dave Matthews Band, która ma zostać wydana 2 czerwca.
Okładka albumu “Big Whiskey and the GrooGrux King” zawiera podobiznę LeRoi Moore’a, saksofonisty, który zmarł w sierpniu zeszłego roku, słowa singia zresztą też są refleksją na temat jego śmierci. Kawałek bardzo niezły, czekam na nową płytę, która mam nadzieje wniesie powiew świeżości po tych kilkunastu albumach koncertowych, które wałkowały w kółko ten sam materiał.

Lunatic Soul. Mariusz Duda. Riverside.

Przeglądam sobie właśnie zdjęcia, których autorem jest  Wojtek Kutyla i zauważyłem kilka fot Mariusza Dudy, wokalisty Riverside. Dzięki temu dowiedziałem się, że Mariusz stworzył swój solo projekt Lunatic Soul. Dla mnie to świetna wiadomość, bo jak już pisałem Riverside rządzi i spodziewam się podobnej jakości po LS.

Kilku utworów można posłuchać na MySpace, a na oficjalnej stronie gdzieś w gąszczu liter jest link do ściągnięcia darmowego utworu.

Coma. Hipertrofia.

10 listopada ma się ukazać nowa płyta zespołu Coma zatytułowana ‘Hipertrofia’. Wiadomo, że zawierać będzie 17 utworów (wysoka liczba sugeruje, że być może część z nich to jakieś łączniki pomiędzy kawałkami). Od 25 września płytę promuje singiel “Zero Osiem Wojna“.

Dla mnie Coma to drugi najlepszy polski zespół po Riverside. Dziwi mnie skąd się bierze tyle sprzecznych opinii i emocji na jego temat. Nie da się nie zauważyć, że wiele uwag kierowane jest pod adresem lidera Piotra Roguckiego. Może coś przegapiłem – nie słucham radia, nie oglądam telewizji. Chodzi o charakterystyczny styl pisania tekstów, który oczywiście nie każdemu może się podobać, przesadną momentami dykcję jak na początku filmiku z YouTube czy zbyt mocne wczuwanie się podczas śpiewania? Dla mnie sprawa jest prosta, nie podoba się – nie słucham, nie neguję na YouTube, nie utrudniam innym życia. To nie film, który trailerem zachęca, a ocenić go można dopiero po obejrzeniu. Muza jest prostsza, po kilku minutach wiesz czy ci podchodzi czy zupełnie nie. Chociaż być może te fale niechęci to los zespołów, które wyróżniają się spośród innych w jakiś sposób. Część publiczności kocha je dozgonnie, druga część nienawidzi za ich charakter. Być może, że też niewłaściwie zasugerowałem się opinią kilkunastu trolli z YouTube.

Mi singiel podchodzi, ale czekam na więcej.

oficjalna strona zespołu: www.coma.art.pl

Sigur Ros.

Jest już nowa płyta islandzkiej kapeli Sigur Ros, co dość dobitnie mi uzmysławia jak szybko mija czas. Jeszcze niedawno poznawałem ten zespół i ich trzecią płytę, a tu za kilka dni na półkach już szósty album.

Na oficjalnej stronie zespołu można przesłuchać wszystkie utwory i co się rzuca od pierwszego słuchania to bardziej optymistyczny charakter i większy nacisk na perkusję. Chociaż nie brakuje też charakterystycznych dla zespołu, melancholijnych utworów jak np. “ára bátur“.

Pierwszym singlem został utwór “Gobbledigook“, który promuje płytę teledyskiem z wesoło biegającymi golasami. Tytuł wydawnictwa w tłumaczeniu na angielski to “With a buzz in our ears we play endlessly” co dodatkowo podkreśla radośniejsze nastroje. Jednak w trakcie słuchania okazuje się, że im dalej w głąb albumu tym smutniejsze utwory. Szybko minął ten początkowy nastrój a kawałki są coraz prostsze, prawie akustyczne obiegające stylem od znanego brzmienia gitary z użyciem smyczka, a mimo to wciąż brzmią charakterystycznie dla zespołu.

Jedno przesłuchanie to za mało żeby poznać album, ale mi się już podoba, chociaż miałem nadzieję na zapowiadaną większą odmianę w postaci zwrotu w kierunku bardziej pozytywnych emocji.

Sigur Ros: Heima.

Piękna muzyka, piękne zdjęcia: film Heima zrobiony przez Sigur Ros. Środa 5 marca, Filmhouse, Edynburg. Jak mnie nie wypuszczą wcześniej z pracy to pozostanie obejrzeć na wydanym niedawno DVD. Zobacz trailer.

Shot using a largely Icelandic crew (to minimise Eurovision-style scenic-wonder overload), ‘Heima’ – which means both “at home” and “homeland” – is an attempt to make a film every bit as big, beautiful and unfettered as a Sigur Rós album. As such it was always going to be something of a grand folie, but one, which taking in no fewer than 15 locations around Iceland (including the country’s largest ever concert at the band’s Reykjavik homecoming), is never less than epic in its ambition.

Bestia powraca

Therion. Gothic Kabbalah.

Ostatni tydzień bez przerwy słucham kapeli Therion. Sprawa z nimi wygląda podobnie jak w przypadku Amorphis. Słuchałem ich parę lat, potem odpuściłem i nie śledziłem powstających płyt. Coś mnie jednak tknęło i sprawdziłem stronę Therion na MySpace. Pierwsze parę utworów z nowej płyty “Gothic Kabbalah” – rozczarowanie. Miałem już zamknąć zakładkę, ale jeszcze włączyłem kolejny utwór “Son of the staves of time” i bingo! Od razu mi się spodobał. Potem kolejny “The perennial Sophia” i już mnie całkowicie mieli. Te dwa utwory chodzą za mną już ponad tydzień.

Zaopatrzyłem się w płytę i okazało się, że jest tam o wiele więcej świetnych utworów. Początek “T.O.F. – The trinity” mnie odrzucił, a za to wokale w ostatniej minucie zmieniły całkowicie moje podejście do tego utworu. Niektóre utwory są dość nierówne jak na mój gust i sytuacja wygląda podobnie np w “Tuna 1613“. Jednakże “Trul“, “Chain of Minerva” i “Three treasures” są świetne. A “Adulruna redivivia” jest bardzo dobrym zakończeniem płyty.

Gothic Kabbalah” tak mi się spodobała, że sprawdziłem dwie poprzednie płyty (wydane równocześnie) “Lemuria” i “Sirius B“. Bardzo mi podchodzą słowa (zwykle traktuję wokal jako kolejny instrument i nie dbam o treść) a i muzyka jest równie dobra. Moje ulubione utwory: “Lemuria”, “Quetzalcoatl”, “The Dreams Of Swedenborg”, “An Arrow From The Sun”, “The Blood Of Kingu”, “The Wondrous World Of Punt”, “Melek Taus”, “Call Of Dragon”, “Voyage Of Gurdjieff” czy praktycznie 3/4 płyt.

ps. Therion po grecku oznacza “bestia” stąd tytuł postu.
Trzeba przyznać, że chłopaki na fotach z MySpace wyglądają śmiesznie i jednak trochę głupio, ale może robili te foty w Halloween ;)

[flashvideo filename=http://youtube.com/watch?v=9WZ9WjfZ3Pk /]

So what the f@#k is this UK
Gunnin with this US of A
In Iraq and Iran and in Afghanistan

Does not a day go by
Without the Israeli Air Force
Fail to drop it’s bombs from the sky?

How many mothers to cry?
How many sons have to die?
How many missions left to fly over Palestine?
Coz as a matter of facts
It’s a fact, it’s an act
These are illegal attacks
So bring the soldiers back
These are illegal attacks
It’s contracts for contacts
I’m singing concrete facts
So bring the soldiers back!!!!
wiecej »

Amorphis: Silent Waters.

Kilka dni temu Amorphis wypuścił nową płytę “Silent Waters”. Od lat już w sumie ich nie słucham, a skończyłem gdzieś w okolicach płyty “Elegy”. Zmienił mi się wtedy trochę gust muzyczny i miałem ochotę na lżejsze rzeczy. Zresztą podobnie było z kilkoma innymi metalowymi kapelami. Wciąż jednak mam sentyment do niektórych produkcji.

A piszę o Amorphis dlatego, że tytułowy utwór promujący najnowszą płytę rządzi! Nie wiem jak reszta kawałków, ale jeśli śpiewane są podobnym wokalem to nowe wydawnictwo może być interesujące. Skrzekliwy głos poprzedniego wokalisty jakoś mnie drażnił.

Teledysk do Silent Water.

Dave Matthews Band. Dublin.

Zobaczenie koncertu Dave Matthews Band było zawsze u mnie na samym szczycie listy muzycznych rzeczy do usłyszenia. I w sumie najbardziej niemożliwą rzeczą do spełnienia – nie pamiętam, żeby kiedykolwiek grali w Europie. Jednak w końcu stało się, godzinę lotu ode mnie, w Dublinie, mieście w którym jakiś czas kiedyś mieszkałem.

Koncert odbywał się w The Point, miejscu, które można łatwo znaleźć, ale nie łatwo dojechać. Na dublińskie korki słyszę narzekania od znajomego już od dawna, teraz więc nawet nie czekaliśmy na autobus. Droga do The Point jest w sumie jedna i już po chwili dało zauważyć się wiele grup ludzi zmierzających w tym kierunku.

Pomijam Coke za 3euro za butelkę 0.5l, brak zakrętki do niej i szczeniaków rozlewających piwo dookoła. Pominąłem? Ok. Hahaha. Po stylu wnioskuję, że supportem była jakaś grupa z Wysp, ale nie znam nazwy, zresztą po co ona i tak oni wszyscy grają tak samo. Potem trochę wyczekiwania i Dave Matthews Band pojawił się na scenie. To bardzo dziwne uczucie zobaczyć i usłyszeć kapelę, którą się uwielbia, słucha od lat i która jest tak odległa geograficznie. Cieszyłem się jak dziecko i wzruszałem kilkukrotnie. Koncert był świetny, głośny i wszyscy żywiołowo reagowali. O dziwo Dave nie mówił za wiele, jak to czasem można zobaczyć na koncertach DVD ze Stanów. Było kilka improwizacji – popisów solowych, jeden z utworów nawet trwał przez to z 20 minut.

Dość długo trzeba było dopraszać się o bis, ale publika nie ustawała w naleganiu. W końcu wyszedł tylko Dave i zagrał “Gravedigger”, po którym dołączyła reszta zespołu i zagrała jeszcze chyba 3 utwory. Po owacjach widać było, że wszyscy byli zachwyceni. Po koncercie wszyscy udali się w kierunku centrum miasta trochę przyblokowując okoliczne ulice. Żałuję tylko, że nie zagrali mojego ulubionego #41, ale zauważam, że ostatnio rzadko pojawia się na koncertach, być może zmęczenie materiałem.

ps.
Dość krótka wycieczka na półwysep Howth zaowocowała dość mocną opalenizną (jakiej nie miałem od lat, umyślnie unikając podobnych “przyjemności”). Hotel wynajęliśmy dość tanio w centrum miasta, na Temple Bar, z fajnym widokiem z balkonu na okolicę. Było miło, pogoda dopisała, ale na jakiś czas mam dość dublińskich korków, tłoku i pośpiechu.

ps2.
Strona Dave Matthew Band na MySpace jest po redesignie. Jest o niebo lepiej.

Pages: 1 2 Następna