[flashvideo filename=http://youtube.com/watch?v=9WZ9WjfZ3Pk /]

So what the f@#k is this UK
Gunnin with this US of A
In Iraq and Iran and in Afghanistan

Does not a day go by
Without the Israeli Air Force
Fail to drop it’s bombs from the sky?

How many mothers to cry?
How many sons have to die?
How many missions left to fly over Palestine?
Coz as a matter of facts
It’s a fact, it’s an act
These are illegal attacks
So bring the soldiers back
These are illegal attacks
It’s contracts for contacts
I’m singing concrete facts
So bring the soldiers back!!!!
wiecej »

Amorphis: Silent Waters.

Kilka dni temu Amorphis wypuścił nową płytę “Silent Waters”. Od lat już w sumie ich nie słucham, a skończyłem gdzieś w okolicach płyty “Elegy”. Zmienił mi się wtedy trochę gust muzyczny i miałem ochotę na lżejsze rzeczy. Zresztą podobnie było z kilkoma innymi metalowymi kapelami. Wciąż jednak mam sentyment do niektórych produkcji.

A piszę o Amorphis dlatego, że tytułowy utwór promujący najnowszą płytę rządzi! Nie wiem jak reszta kawałków, ale jeśli śpiewane są podobnym wokalem to nowe wydawnictwo może być interesujące. Skrzekliwy głos poprzedniego wokalisty jakoś mnie drażnił.

Teledysk do Silent Water.

Dave Matthews Band. Dublin.

Zobaczenie koncertu Dave Matthews Band było zawsze u mnie na samym szczycie listy muzycznych rzeczy do usłyszenia. I w sumie najbardziej niemożliwą rzeczą do spełnienia – nie pamiętam, żeby kiedykolwiek grali w Europie. Jednak w końcu stało się, godzinę lotu ode mnie, w Dublinie, mieście w którym jakiś czas kiedyś mieszkałem.

Koncert odbywał się w The Point, miejscu, które można łatwo znaleźć, ale nie łatwo dojechać. Na dublińskie korki słyszę narzekania od znajomego już od dawna, teraz więc nawet nie czekaliśmy na autobus. Droga do The Point jest w sumie jedna i już po chwili dało zauważyć się wiele grup ludzi zmierzających w tym kierunku.

Pomijam Coke za 3euro za butelkę 0.5l, brak zakrętki do niej i szczeniaków rozlewających piwo dookoła. Pominąłem? Ok. Hahaha. Po stylu wnioskuję, że supportem była jakaś grupa z Wysp, ale nie znam nazwy, zresztą po co ona i tak oni wszyscy grają tak samo. Potem trochę wyczekiwania i Dave Matthews Band pojawił się na scenie. To bardzo dziwne uczucie zobaczyć i usłyszeć kapelę, którą się uwielbia, słucha od lat i która jest tak odległa geograficznie. Cieszyłem się jak dziecko i wzruszałem kilkukrotnie. Koncert był świetny, głośny i wszyscy żywiołowo reagowali. O dziwo Dave nie mówił za wiele, jak to czasem można zobaczyć na koncertach DVD ze Stanów. Było kilka improwizacji – popisów solowych, jeden z utworów nawet trwał przez to z 20 minut.

Dość długo trzeba było dopraszać się o bis, ale publika nie ustawała w naleganiu. W końcu wyszedł tylko Dave i zagrał “Gravedigger”, po którym dołączyła reszta zespołu i zagrała jeszcze chyba 3 utwory. Po owacjach widać było, że wszyscy byli zachwyceni. Po koncercie wszyscy udali się w kierunku centrum miasta trochę przyblokowując okoliczne ulice. Żałuję tylko, że nie zagrali mojego ulubionego #41, ale zauważam, że ostatnio rzadko pojawia się na koncertach, być może zmęczenie materiałem.

ps.
Dość krótka wycieczka na półwysep Howth zaowocowała dość mocną opalenizną (jakiej nie miałem od lat, umyślnie unikając podobnych “przyjemności”). Hotel wynajęliśmy dość tanio w centrum miasta, na Temple Bar, z fajnym widokiem z balkonu na okolicę. Było miło, pogoda dopisała, ale na jakiś czas mam dość dublińskich korków, tłoku i pośpiechu.

ps2.
Strona Dave Matthew Band na MySpace jest po redesignie. Jest o niebo lepiej.

Cinematic Orchestra. Triptych Festival. Edinburgh.

“If you don’t live it, it won’t come out of your horn.”
Charlie Parker

Wczoraj miałem ogromną przyjemność być na koncercie The Cinematic Orchestra w Edynburgu, który odbył się w ramach Triptych Festival (Aberdeen – Edinburgh – Glasgow). Uwielbiam ich utwory i zobaczenie ich na żywo było niesamowitym przeżyciem.

Występ Cinematic Orchestra poprzedziły dwie inne kapele: Fitkin Wall i chyba Patrick Watson Band. Pierwsza to połączenie elektroniki z harfami (również modulowanymi elektronicznie. Muzyka nie przypadła mi za bardzo do gustu, zbyt chaotyczna i pan zapędzał się zbyt bardzo w swoje odloty. Drugi zespół brzmiał bardzo podobnie do Coldplay, a to głównie za sprawą wokalisty. Początkowe utwory były dość schematyczne, potem zrobiło się już ciekawiej. Ciągle jednak nasuwały się skojarzenia z innymi kapelami np. Gorillaz. Śmiałem się, że ich inspiracja jest tak głęboka, że nawet gitarzysta jest podobny do młodego Toma Waitsa :)

I w końcu przyszedł czas na Cinematic Orchestra. Wystarczyło kilka pierwszych nut, żebym poczuł się zadowolony. Chłopaki mimo iż wydają wkrótce nową płytę grali w większości starsze utwory. Być może dlatego, że nowa płyta zapowiada się bardzo delikatnie i melancholijnie, a ludzie na koncercie oczekują zwykle trochę więcej czadu. I go dostali. Połączenie elektroniki, kontrabasu, saksofonu i perkusji brzmiało genialnie. Najsłabszym ogniwem była gitara, którą chyba miała być w zastępstwie wokalu w niektórych utworach. Miałem wrażenie, że podczas improwizacji gitarzysta trochę się nie odnajdywał. Pozatym widać, że zespół rozumie się doskonale i że chłopaki lubią ze sobą grać. Czuć to było szczególnie właśnie podczas improwizacji.

Jestem bardzo zadowolony z koncertu. To było naprawdę niesamowite przeżycie. Jeśli ktoś lubi połączenie elektroniki, jazzu i soul to gorąco polecam twórczość Cinematic Orchestra. Jeśli kogoś straszy chociaż jeden z tych gatunków to dodam, że osobno nie lubię za bardzo z nich żadnego :)
Podziękowania dla Magdy za pomoc z biletem i pozdrowienia dla Mileny i Ady.

Zapomniałem dodać, że całkiem niedawno zmienił się design oficjalnej strony Cinematic Orchestra. Jest trochę gadżetów Web 2.0 – zdjęcia ciągnięte z Flickr, newsy z różnych serwisów, ale najważniejsze to nowy piękny utwór “Breathe” (śpiewa Fontella Bass). Więcej z nowej płyty można usłyszeć na Myspace zespołu. A starsze utwory np. na You Tube.

Riverside. Out of Myself. Second Life Syndrome. Rapid Eye Movement.

Pierwszy raz usłyszałem Riverside grając w ping ponga (hehehe) i już wtedy wiedziałem, że będę uwielbiał muzykę tego zespołu. Potem w moim mieście przydarzył się koncert i chłopaki pokazali, że są równie świetni na żywo. Absolutnym majstersztykiem (trudne słowo) jest dla mnie pierwsza płyta “Out of Myself“. Każdy utwór jest genialny, każdy instrument robi niesamowitą atmosferę. Słucham tego albumu bardzo często, chociaż od momentu wydania minęły już cztery lata.

W 2005 roku ukazał się mini album “Voices In My Head“, który miał skrócić fanom oczekiwanie na kolejną płytkę. “Voices” zawierała kilka nowych utworów i trzy wersje koncertowe kawałków znanych z porzedniej płyty (np. pięknie wykonany “Loose Heart“). Nowe utwory były znacznie łagodniejsze niż te na “Out of Myself”. Pozornie było to oddalenie się od stylistyki zespołu, ale mimo wszystko zawierały ten specyficzny klimat Riverside. Mój faworyt to “Stuck Between“.

“Out of Myself” tak wysoko zawyżyło poprzeczkę oczekiwań, że na początku nie doceniłem kolejnego albumu “Second Life Syndrome”. Z czasem jednak zaakceptowałem, że to nie ma być powtórka, tylko niezależny album i teraz uwielbiam np.: “I Turned You Down” i “Reality Dreams III“.

Jeśli lubisz rock progresywny to nie ma szans, że nie słyszałeś o Riverside. Tym, którzy jednak się z kapelą nie zetknęli, a lubią rock, melancholijne brzmienia i dobre solówki gorąco tę muzykę polecam. Przykładowe MP3 są do ściągnięcia na oficjalnej stronie (“In Two Minds“, “Loosing Heart“)

Ja z niecierpliwością czekam na zapowiadaną nową płytę “Rapid Eye Movement“.

300 The Movie soundtrack.

Strona filmu 300 została trochę rozbudowana, wcześniej nieaktywne działy są już dostępne, dodano także filmiki, które się wyświetlają w głównym oknie podczas bezczynności.

Została także stworzona osobna strona promująca soundtrack do filmu. Muzyka jest dość ciężka: gitary i sekcja połączone z orientalnymi motywami. Posłuchać można tylko fragmentów utworów, ale już po nich słychać, że to prawie plagiat muzyki do Blackhawk Down. Najpierw wydawało mi się, że to tylko przez charakterystyczne instrumenty z bliskiego wschodu, ale jednak motywy są jak dla mnie zbyt bardzo zbliżone do kawałków Hansa Zimmera. To, że on sam się powiela w różnych filmach jest w porządku, ale w tym przypadku muzykę stworzył kto inny.

Dave Matthews & Tim Reynolds.

Ha, w końcu się udało, byłem na koncercie Dave Matthews‘a w Scottish Exhibition Centre. Był to występ akustyczny Dave’a i oczywiście grał z nim Tim Reynolds. Do tej pory zachwycać się mogłem tylko koncertem na CD z Luther College, a teraz wiem jak to jest na żywo. Sam koncert był świetny i nawet trochę się wzruszyłem, że coś co wydawało się tak odległe i niemożliwe zaistniało w rzeczywistości.

Pomiędzy utworami Dave oczywiście gadał i chociaż na ogół wychodzi mu to śmiesznie, tym razem trochę czasem bredził, poprostu chyba był wcięty. W żartowaniu brnął w ślepą uliczkę, ale na końcu zwykle jakoś udawało mu się zachować twarz. W każdej przerwie pomiędzy kawałkami jakiś szkot domagał się głośno kawałka “Hello again”, a za czwartym razem poprosił już o “Hello fucking again” na co Matthews swierdził “Koleś chyba mówi poważnie”.

Koncert był świetny, szkoda tylko, że Tim Reynolds nie miał za wielu okazji żeby się gitarowo popisać, chociaż to co pokazał i tak było dobre. W sumie show był dla mnie ważniejszy chyba sentymentalnie niż muzycznie. Cały czas czekałem żeby wykonali utwór “#41”, ale się jednak nie doczekałem, za to “Grey Street” i “Two Steps” były zagrane genialnie. To, że Dave był trochę wcięty zupełnie mu nie przeszkadzało w graniu i śpiewaniu, mi za to trochę…

Sigur Ros dwie płyty temu był całkiem nieznaną kapelą, teraz stał się islandzkim dobrem narodowym zaraz po Bjork. Dawno temu w Irlandii, w jednej z kafejek internetowych zobaczyłem ten klip i momentalnie kochałem tę muzykę. Jakiś czas później w Galway miał odbyć się koncert, ale niestety został odwołany. Jednak w końcu udało mi się zobaczyć kapelę w Edynbugu. Największe wrażenie robił ostatni kawałek: Poplagid, który członkowie zespołu wykonywali za kurtyną, na której było widać ich cienie i różne obrazy. Włosy stawały dęba, ciarki przechodziły po plecach. Ten klip ma niestety nie najlepszą jakość i warto jednak znać utwór wcześniej, żeby poczuć to coś.

Na oficjalnej stronie jest trochę mp3 w dobrej jakości, dla tych co chcieliby posłuchać więcej. Trzy ostatnie płyty są nieziemskie, jednak polecam zacząć od “Agætis Byrjun“.
Na You Tube jest film (w 3 cześciach) o detalach powstawania ostatniej płyty: “Takk“. Polecam, chociaż angielski z islandzkim ackentem może nie być najłatwiejszy :)

ps. Jestem teraz na 10 dni w Polsce i nie mam tu Photoshopa, dlatego grafiki nie będzie, aż wrócę. Próbowałem wykorzystać Painta, ale się poddałem, praca w nim to jak jeżdżenie rowerem bez łańcucha: można, ale po co ?

The Album Leaf: Into the blue again

O Album Leaf usłyszałem po raz pierwszy gdy czytałem wywiad z Sigur Ros. Ja lubię Sigura, oni lubią Album Leaf, pomyślałem że być może to coś dla mnie i nie myliłem się. Kapelę tę tworzy tylko jedna osoba: multiinstumentalista Jimmy LaValle. Jego muzyka spodobała mi się od pierwszego usłyszanego utworu: łagodne dzwięki plus lekki beat, akurat coś do posłuchania podczas tworzenia, rozmowy czy jazdy autobusem.

Dziś widzę, że przegapiłem premierę nowej płyty “Into the blue again“. Jeśli macie ochotę posłuchać to na YouTube znalazłem mini dokument (10 minut) o tworzeniu tego albumu. Jeśli podoba się wam pierwsze 2 minuty filmu to najprawdopodobniej polubicie całość twórczości.

Nie wierzę własnym oczom: Dave Matthews będzie koncertował po Europie! W lutym będzie w UK i to w kilku miejscach, które mi pasują jak Glasgow czy New Castle. Bilety będa sprzedawane tylko przez tydzień, a wcześniej dostęp do nich będa mieli członkowie fanclubu. Jeśli jeszcze jakieś bilety zostaną to nie ma możliwości żeby na tym koncercie nie był. To jest dla mnie absolutny “must see” .

Dave Matthews Band jest bardzo popularny w Stanach, w Europie jakby mniej. Pewnie dlatego, że raz DMB jest ze stanów, dwa, że po raz pierwszy słyszę o koncercie w Europie. Nie jest to show całej kapeli, a tylko samego Dave’a. Oczywiście nie będę rozpaczał z tego powodu.

W pierwszym utworze obejrzyjcie do końca solówkę na basie (zaczyna się 6:50). Koleś jest mistrzem świata. Skoda, że jakość dzwięku w klipach YouTube całkowice pozbawia utwory dynamiki.

utwory: #41, Grey Street, Christmas Song

Pages: Poprzednia 1 2 3 Następna