Oskar na swoim blogu poruszył ciekawe zagadanienie: Co niektórym może to wydawać się trochę śmieszne, ale po krótkim czasie zagranicą zaczyna się mieć małe problemy językowe. Oczywiście, jeśli bardzo się uważa i świadomie dba o język to może to wyglądać inaczej, ale na codzień jednak aż tak uważnym się nie jest.
CaÅ‚kiem Å‚atwo i niezauważalnie przychodzi zamienianie niektórych wyrazów na angielskie odpowiedniki (no cóż, mózg robi asocjacjÄ™ danego pojÄ™cia z angielskim wyrazem – bardziej uczÄ™szczana Å›cieżka jest Å‚atwiejsza). Na codzieÅ„ rozmawiasz z innymi polakami, którzy mogÄ… mieć podobne problemy i przestajesz zauważać co siÄ™ dzieje. JeÅ›li starasz siÄ™ mówiÄ…c po polsku omijać angielskie wtrÄ™ty to nagle pojawiajÄ… siÄ™ chwile konsternacji.
Nigdy bym nie uwierzył, że tak łatwo się to może stać. Pamiętam jeszcze, że śmiałem się z koleżanki, która po iluś tam latach na studiach w Niemczech źle odmieniała niektóre wyrazy.
To prawda, że jest to trochę kwestia lenistwa, ale w sumie język jest po to, żeby się (szybko) komunikować, a po pewnym czasie następuje dostosowanie do ogółu. Ja mam trochę problem z szykiem w zdaniu: dość często przestawiam wyrazy i czasem brzmię staropolsko :)
Mamy w polskim zapożyczenia z angielskiego, dużo slangowych wyrażeń i to sprawia, że już nie wiem czy wyraz który mówię można znaleźć w Słowniku Wyrazów Obcych czy właśnie go sam stworzyłem. Czytanie książek po polsku wbrew pozorom mocno nie pomaga w utrzymaniu czystości językowej.
BywajÄ… też sytuacje odwrotne, mówiÄ…c po angielsku wtrÄ…ca siÄ™ polskie wyrazy – ja najczęściej robiÄ™ to z wyrazem “wiÄ™c”. Czasem też gdy mnie ktoÅ› zaskoczy odpowiadam “tak” i nawet nie zauważam, że powiedziaÅ‚em to po polsku.
Oczywiście, nikt chyba nie chce całkowicie mówić w ponglish, bo to brzmi poprostu.. wioskowo :)
