Zwiastun do “Sunshine” oglądany jakiś czas temu, w którym usłyszeć można było “we have to reignite the sun” sprawił, że pomyślałem, że to marny film, ale za to nie tak źle wyglądający. Na 2UP chłopaki trochę pokomentowali, pomyślałem, że dam filmowi szansę.
Mimo iż obraz jest bardzo standardowy, tzn. fabuła w stylu “lecimy gdzieś w kosmos, potem się nam coś psuje, żeby to naprawić ktoś musi wyjść na zewnątrz, jest stres i brakuje ważnych rzeczy, a komunikacja nie działa” przez pierwszą godzinę mi się podobało. Bo i była fajna muzyka, międzynarodowa obsada, a chłopaki od 3D się napracowali i zarówno statek jak i słońce wyglądają imponująco na dużym ekranie. Nie przeleciała kometa, niebo nie zwaliło się nikomu na głowy, ale film nagle zmienił gatunek… i druga godzina godzina spowodowała, że już przestało mi się podobać. Nie chcę spoilerować, sami zobaczycie w kinie. Nie mówię też, że film jest zły (jak np “Eragorn” haha), na pewno spodoba się wielu ludziom. Ja niestety na ogół jestem lekko nadwrażliwy na brak harmonii i po jakimś czasie drażniły mnie irrytujące, piskliwe lub dudniące dźwięki i chaotyczny montaż w drugiej połowie i ta zmiana klimatu.
Film ma swoje dobre momenty i wizualnie jest niezły. Natomiast końcówka zupełnie do mnie nie przemawiała i rozwaliła moim zdaniem film.
“Heroes” to jeden z czterech seriali, które regularnie oglądam. W sumie jak ktoś kilka lat temu powiedziałby mi, że będę oglądał seriale to zabiłbym go śmiechem, ale jak widać ludz.. seriale się zmieniają :) Heroes jest serią, którą zacząłem oglądać z pewnością, że nie obejrzę więcej niż kilka odcinków. I w sumie początki zupełnie mi nie podpasowały, ale po czwartym odcinku zacząłem się już wciągać. Serial nie ma szans na stworzenie legendy jaką jest Lost, ani nie zasysa jak początki Prison Break, ale ma swój charakter. Otoczkę filmu budują początkowe, trochę zbyt wyniosłe monologi, bardzo fajna muzyka (z wschodnimi elementami), a z jakiegoś powodu twórcy także uznali pojawiające się napisy z lokacją bohaterów za konieczne dla historii.
Serial opowiada o grupie nieznających się wzajemnie ludzi, którzy posiadają szczególne moce: niewidzialności, wpływanie na wolę innych ludzi czy latanie itp. Na szczęście ludzie ci poza tym toczą normalne życia, nie ubierają przyciasnych kostiumów i dopiero uczą się opanowywać swoje umiejętności. Jeśli kogoś interesują tematy ewolucji, DNA i specjalnych mocy to serial może się podobać. Uprzedzam, że to nie klasyka kina, ale dobrze zrobiony serial telewizyjny. Ciekawe jest to, że w filmie grają całkiem nieznani aktorzy i wyszło mu to na dobre.
W UK serial reklamowały plakaty na mieście i gazetach. Niestety zrobione były dość słabo, widać, że całość komponowana z osobnych zdjęć i chociaż z daleka na niektórych wybuchający Big Ben mógł robić wrażenie to z bliska wychodziły na wierzch wszystkie niedociągnięcia. Ogólnie wyglądało to na zbyt pospieszną robotę. Ktoś zamiast wykorzystać oryginalne prace zdecydował, że trzeba potrząsnąc lokalnym rynkiem i pokazać coś co wzbudzi emocje.
Ps. Dość dziwny mamy język, wiele tytułów brzmi w nim brzmi trochę zbyt egzaltowanie. “Bohaterowie” ? Ekhemm…
Ps2. Jakiś łoś w NBC stworzył katalog z tytułem serii rozpoczynając od dużej litery i tylko w takiej formie link działa.

“Armia opracowuje swój program z myślą o stuleciach, nie o jednostkach.”
Książka “Wieczna wojna” to już dla mnie kultowa pozycja. Do tego stopnia, że boję się czytać inne książki Joe Haldeman‘a, żeby przypadkiem nie trafić na coś co nie jest już tak dobre. “Wieczna wojna” wbrew temu co sugeruje tytuł ma bardzo antywojenne przesłanie. Haldeman jest weteranem z Wietnamu i echa tego daje się zauważyć w jego prozie. Dobra, przyznaję się, czytałem też “Wieczną wolność”, ale już mnie tak niestety nie zachwyciła.
Akcja książki dzieje się w przyszłości, gdzie ludzkość osiągnęła dość wysoki poziom zaawansowania technologicznego: skoki przestrzenne (wykorzystujące wygasłe słońca: kollapsary) pozwalają ogarnąć trochę rozmiary kosmosu, ale za to powodują rozbieżności czasowe. Tocząca się wojna z obcą rasą Bykrian pochłania tysiące istnień po obu stronach, ma także niekorzystny wpływ społeczno-ekonomicznie i co najważniejsze jak każda wojna zupełnie pozbawiona jest sensu. Właśnie doświadczenia Haldemana z Wietmanu powodują, że książka nabiera wartości: tylko człowiek, który widział okropieństwa wojny i odczuł wszystkie emocje i postawy z tym związane (strach, obrzydzenie, nienawiść, przyjaźń czy altruizm) może tak dobrze przekazać, że wojny należy wystrzegać się za prawie każdą cenę.
Historia uczy jednego: ludzie nie uczą się na błędach historii. Mimo postępu technologicznego, świadomość rasy ludzkiej nie ewoluuje tak szybko jak powinna. Nie tylko w książce, w rzeczywistości także. Na tle wielkiej kampani wojennej trwającej setki lat autor przedstawia myśli i czucia pojedyńczej jednostki. Jak mało one znaczą dla wielkiej machiny wojennej pokazują słowa zaczynające ten wpis.
Na jesień ma ukazać się cała “trylogia” w jednym tomie “Peace And War: Forever Peace, Forever Free, Forever War”.
W Polsce dość dawno temu ukazał się komiks o tym samym tytule co książka i jest prawie dokładnym jej odzwierciedleniem. Bardzo dobra i sugestywna kreska Marvano doskonale oddaje klimat książki Haldemana. Polecam.


